I can see the sun set…

  Ostatnio ktoś mnie zapytał czy „wolę zachód czy wschód słońca”. Zachód, zdecydowanie odpowiedziałam i usłyszałam, że „pewnie dlatego, że nie chciałoby mi się wstawać na wschód”… Pewnie, jest w tym trochę prawdy. Nie należę do rannych ptaszków, i wschody słońca zazwyczaj widywałam, kiedy wracałam z imprezy… Były magiczne, pewnie… Ale wtedy zazwyczaj to myślałam tylko o swojej poduszce więc ten czar i magia pryskały zaraz po wejściu do tunelu metra.
Zachody to co innego. Zdecydowanie. Magia sama w sobie. Największy popis Matki Natury, zero filtra na instagramie, niebo skąpane w kolorach takich, że dech zapiera, chmury układające się w takie kształty, że… Łapiecie już czemu akurat zachód a nie wschód? Bo nawet  po najbardziej parszywym dniu jedno spojrzenie w niebo potrafi ukoić moje zmysły. Zdecydowanie jestem nocnym stworem. Romantyzm kojarzy mi się z zachodem, najlepiej na plaży, przy świecach i winie. Albo przynajmniej na plaży (wersja uproszczona). Jeszcze lepiej kiedy jest dzielony, ale kiedy ogląda się zachód samemu to też jest coś niezwykłego, moment do rozmarzenia się, przemyśleń, zatrzymania się na chwilę.  
Kiedy mieszkałam w Madrycie miałam dwa ulubione miejsca. Zaraz, zaraz…  jakie miałam. MAM. I nie raz jeszcze  zachód słońca tam zobaczę. Obiecuję to sobie tutaj, publicznie. Jeśli jakimś cudem wybieracie się do Madrytu to polecam i Wam wybrać się w jedno z moich miejsc. Templo de Debot, dla niezorientowanych to świątynie egipskie  w samym centrum miasta ! Zaraz za, znajduje się park, w którym ludzie piknikują i zbierają się właśnie po to, żeby zobaczyć i uchwycić na zdjęciu magiczny moment zachodzącego słońca, kolejnego, kończącego się dnia. Druga miejscówka jest ściśle tajna, dla nielicznych.  Odkąd mieszkam na wybrzeżu specjalnie czekam do wieczora, żeby wyjść pobiegać w momencie zachodzącego słońca. Dobra, dobra to że jest mega gorąco i przed 20.30 nie da się wyjść biegać, to kolejny powód. Ale czy nie lepiej mieć dwie pieczenie na jednym ogniu? Miejsca do biegania mam tu magiczne, bo są to klify albo promenada nad samiutkim morzem… Cud malina, chyba tylko dlatego biegam czy spaceruje, żeby być w tych miejscach, patrzeć na rozbijające się fale słyszeć ich szum… to jest to co kocham, to co koi moje myśli, co daje ukojenie w smutku. Morze. Czasem myślę, że „chciałbym być marynarzem” chciała, ale tak śpiewał Krawczyk, więc zostawiam go jak jest ;).
Bo wiecie za co jeszcze lubię zachód słońca? Za to, że po nim w krótkim czasie przychodzi ciemność, noc… A w nocy wszystko łatwiej przychodzi… Łatwiej przychodzą łzy, który trzymaliśmy na uwięzi cały dzień, łatwiej wylać żale, smutki, łatwiej przychodzą nam słowa, gesty… Łatwiej podsumować jest  dzień, podjąć trudne decyzje. Zdecydowanie, w nocy jest ukryta magia.
We wschodzie słońca też, na pewno. Dlatego obiecałam sobie, że w ten weekend jakiś zobaczę. I nie, nie będzie to po imprezowy wschód, tylko taki, na który obudzi mnie budzik, a że do plaży mam blisko to wystarczy, że wstanę chwilę przed.
A Ty ? Co wolisz? Wschód słońca, który zwiastuje nowy dzień, nowe możliwości ? Czy zachód, który kolejną stronę z 365 dni Ci zabiera, daje możliwość podsumowania ?
Dobrej nocy Kochani.
Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s